Instrumenty pochodne (opcje) to nie tylko spekulacja, ale faktyczna potrzeba rynku (energetycznego)

Instrumenty pochodne są kojarzone przez rynek jako narzędzie spekulacji. Bankructwa firm sprzed kilku lat, które nierozważnie używały tych instrumentów do spekulacji zrobiło im złą sławę, ale pierwotne założenie instrumentów pochodnych było bardzo szczytne i znajduje zastosowanie do dzisiaj, w tym bardzo mocno na rynku energetyki

Zacznijmy od wstępu, który wyjaśni, co to są opcje. Opcja to instrument finansowym pochodny. Pochodny oznacza, że jego cena bazuje na cenie innego instrumentu zwanego instrumentem bazowym (np. cena akcji, obligacji, energii elektrycznej, konkretnej waluty, surowca) i do niego podąża. Opcjami można handlować jak każdym papierem wartościowym (akcjami, obligacjami itd.). Opcja może być typu call lub put. Opcja typu call daje nam prawo zakupić instrument bazowy (akcje, obligacje, energię elektryczną, walutę, surowiec) po określonej cenie (cena wykonania), także wtedy, gdy jego cena rynkowa będzie wyższa niż cena wykonania. Opcja typu put pozwala nam sprzedaż instrument bazowy po cenie wykonania, nawet jeśli w danym momencie będzie on tańszy na rynku.



Przyjmijmy jako przykład opcje na zakup energii elektrycznej, dla których instrumentem bazowym jest energia elektryczna notowana na warszawskiej Towarowej Giełdzie Energii S.A.. Opcja na zakup energii elektrycznej po cenie wykonania 230 zł/MWh oznacza, że będziemy mogli kupić energię elektryczną w cenie 230 zł za 1 MWh (megawatogodzina). Jeśli cena rynkowa energii będzie niższa niż 230 zł (dzisiaj jest to 200 zł / MWh) to oczywiście kupimy energię elektryczną z rynku. Jeśli jednak cena energii wzrośnie np. do 250 zł/MWh to będziemy przed tym zabezpieczeni i wciąż będziemy mogli kupić energię elektryczną za cenę 230 zł/MWh.

Już widzę pojawiające się na ustach czytelników pytania: od kogo kupimy tę energię elektryczną i dlaczego ktoś miałby być tak głupi, aby nam tę energię sprzedać taniej niż wynika z ceny rynkowej? Tutaj dochodzimy do tego, że po drugiej stronie układanki musi być także ktoś, kto jest tzw. wystawcą opcji, a opcja wcale nie jest za darmo. Wystawca opcji sprzedaje nam komfort zakupu energii elektrycznej (opcję) za tzw. premię. I niekoniecznie musi to być spekulant.

Dobrym przykładem wystawcy opcji może być podmiot-producent energii elektrycznej, który po obecnej cenie rynkowej uznaje, że nie opłaca mu się produkować energii elektrycznej w ogóle (np. elektrownia węglowa, w przypadku której cena węgla znacząco wzrosła). Niemniej gdyby jednak okazało się, że cena energii znacząco wzrośnie (powyżej 230 zł) to będzie mu się opłacało uruchomić produkcję. Taki producent może czekać aż cena energii wzrośnie, ale jeśli ona nie wzrośnie to czeka go bankructwo. Co więc robi? Sprzedaje opcje (tak tak, opcja jako przywilej zakupu po określonej cenie też kosztuje) za tzw. premię, np. 10 zł/MWh. Jeśli cena energii elektrycznej wzrośnie powyżej 230 zł/MWh to po prostu sprzeda ją po cenie produkcji (bo po tyle kupią ją od niego nabywcy opcji), a jego zyskiem będzie te 10 zł/MWh wartości opcji. Jeśli natomiast cena rynkowa energii utrzyma się poniżej 230 zł/MWh to nikt tej opcji nie wykorzysta (cena energii na rynku będzie niższa), producentowi i tak nie będzie opłacało się uruchomić produkcji, ale zarobi chociaż 10 zł/MWh na opcjach.

Wydaje się pogmatwane i skomplikowane? Doskonale Cię rozumiem Drogi Czytelniku, w końcu to skomplikowany instrument skomplikowany, na którego nieznajomości poległo wiele firm. Instytucje finansowe zanim klientów dopuszczą do handlu na tym rynku mają obowiązek przeprowadzić tzw. ankietę MiFiD, aby upewnić się, że klient jest świadom ryzyk i tego jak w ogóle działają instrumenty pochodne.

Jeśli jednak chociaż trochę zaświeciło światełko w tunelu to bardzo się cieszę, cel artykułu został spełniony :).

Jeśli jesteś zainteresowany to na portalu insajder.pl opisałem szerzej działanie opcji na przykładzie rynku energetycznego.
Trwa ładowanie komentarzy...